Wyobraźcie sobie serial. Dodajcie do tego fakt, że jest brytyjski. A potem jeszcze, że science fiction. A jeśli ciągle wam mało, to dodam jeszcze, że emitowany od 1963 roku. I poczekajcie, bo to nadal nie wszystko.
Na oglądanie Doctor Who namawiał mnie już przeszło rok temu mój znajomy, notabene Szkot. I uwaga, bo tu nastąpi z mojej strony próba (pewnie dosyć kulawa) zarysowania Wam tego tak, jak on sam mi wtedy opowiedział. Był sobie więc kiedyś brytyjski serial sci-fi, emitowany od 1963 do 1989. Potem, w 2005 roku ktoś wpadł na pomysł przywrócenia tytułu na ekrany - i tu uspokajam Wasze serca - właśnie od tego momentu (jeśli nie jesteście Brytyjczykami, rzecz jasna), większość zaczyna swoją przygodę z Doktorem. No właśnie, Doktor. Nasz główny sprawca zamieszania. Jeśli zastanawiacie się, jakim cudem serial jest w stanie utrzymać się na antenie tak długo, to właśnie za sprawą specyfiki jego postaci. Doktor bowiem nie umiera (a przynajmniej nie w dosłownym tego słowa znaczeniu), tylko się regeneruje, uzyskując nowy wygląd i osobowość, co w praktyce oznacza, że raz na jakiś czas zmienia się aktor go grający. Dodajmy jeszcze, że jest Władcą Czasu i podróżuje w czasie i przestrzeni za sprawą niebieskiej budki policyjnej z lat 50. Uf. Wszystko.
Domyślam się, że na Waszych twarzach właśnie pojawiło się albo nieme niedowierzanie, albo złośliwy uśmieszek. Na mojej po usłyszeniu tych wszystkich rewelacji nie pojawiło się ani jedno, ani drugie. Zanotowałam gdzieś w pamięci fakt istnienia Doktora, a namowy Szkota zignorowałam, bo tak już ze mną jest - im bardziej jestem namawiana lub im bardziej wszyscy dookoła oglądają/znają/czytają i mówią, że fajne, i że ja też powinnam, i że jakim cudem nie znam, tym bardziej niczym mały uparty osioł się zaprę. I nie przeczytam. I nie obejrzę. Mam ważniejsze w życiu sprawy, niż brytyjscy kosmici w niebieskich budkach, ot co!
Temat ten jednak miał do mnie powrócić i to w najmniej oczekiwanym momencie. Otóż, ogarnięta jakiś czas temu Sherlockową manią, w odmętach internetu odnalazłam blog Sherlockisty, a na nim, poza oczywistymi sherlockowymi postami, również ten o tym dlaczego nie należy oglądać Doktora Who. Więc przeczytałam. I się oburzyłam. Że jak to, teraz ktoś mi będzie mówił, że mam nie oglądać? A właśnie, że obejrzę! Obejrzę i się nie dam! Obejrzę w celach czysto badawczych i absolutnie za żadne skarby świata się nie wciągnę!
Pamiętacie jak pisałam, że ogrom mojej sherlockowej obsesji nieco mnie przerażał? O, nie wiedziałam wtedy, co to obsesja. Nie miałam pojęcia, że jakieś śmieszne telewizyjne coś może zamienić mnie w potwora. I to tak niepostrzeżenie, tak ukradkiem. I żeby tego jeszcze było mało, nie wiem, czym tą swoją obsesję wyjaśnić. Bo z Doktorem to jest tak, że czasem jest dziwnie. I niezręcznie. I zastanawiasz się jaka piekielna siła posadziła cię przed ekranem, na którym widać prędzej zabawne niż straszne stwory i urocze - a mówiąc "urocze", mam na myśli "boleśnie słabe" - efekty specjalne. Ale czasem jest genialnie. Czasem jest też strasznie. I piekielnie zabawnie. I mądrze, i wzruszająco. Dobrze czytacie, ja, dziewczę o sercu z kamienia, które nie płacze na niczym na czym ponoć wypada i powinno się płakać, szlochałam szczerymi łzami nad losami bohaterów. Nie raz i nie dwa. I wróćmy jeszcze do Doktora, genialnego Doktora, którego zabiorą wam dokładnie w sekundzie, w której zdążycie go pokochać. I co najgorsze, w chwile później, żałobę po wcześniejszym Doktorze zastąpi wam miłość do jego następcy. Ach, wstrętny brytyjski nadawco, to przez Ciebie jestem jedną wielką kupką nieszczęścia!
I nie będę Was ostrzegać, ani namawiać. Nie obiecuję Wam, że też popadniecie w obsesję. Znam takich, którzy nie popadli. Bo może to nigdy nie będzie Wasza bajka. Ale ja też sądziłam kiedyś, że to nie będzie moja. A teraz siedzę sobie w swoim malutkim pokoju, z kalendarzem na ścianie, sonicznym śrobokrętem w ręku i telefonem, który zamiast normalnie dzwonić wydaje z siebie przedziwny rzężący dźwięk imitujący pewien statek kosmiczny.
Though admittedly I read most of this through google translate, I still love it all!
OdpowiedzUsuńglad to hear that! and after checking, I gotta admit, Google Translate handled it pretty... well?
UsuńGosh! Podobnie miałam, też mnie wzięło na oglądanie przez bloga, bo nie mogłam znieść, że na moim ukochanym blogu o Muse zaczął się pojawiać jakiś Doctor, a jak już zaczęli to łączyć w Doctorowo-Musowe żarty to nie miałam wyjścia... ahhh. Najlepszy serial świata<3 Mnie opętało do tego stopnia, że poza sukcesywnie połykanymi audiobookami, połknęłam też Torchwood i Sarah Jane Adventures - a teraz oglądam nowego Doctora od początku, bo brata wciągam;)Przymierzam się też powoli do klasycznego Doctora, ale na razie nie wychyliłam się poza film (który jest raczej bez rewelacji), ale boję się, że jak zacznę to nic po mnie nie zostanie, a moje studia pójdą w las;p
OdpowiedzUsuńSwoja drogą - pisałam też o tym na swoim blogu, ale to było jeszcze w trakcie wchłaniania. Gdy dopiero rozkochiwałam się w Davidzie - ale kilka miesięcy potem walnęłam post pochwalny już tylko na Jego temat, bo ho, ho, Doctor swoja drogą, a David swoją...;)
No tak, ostrzegałam, ale wiedziałam, że nikt mnie nie posłucha :) Bardzo wzruszył mnie Twój komentarz, dziękuję :)
OdpowiedzUsuń