Odkryłam ostatnio, że mam problem z pisaniem o rzeczach, które autentycznie mnie zachwycą. Tak też jest w tym przypadku. Zamiast tworzyć mądrze brzmiące i wyszukane peany, niemalże chciałabym wyciągnąć do Was wszystkich rączki przez ekran i potrząsać za ramiona wołając "musisz to obejrzeć! MUSISZ!". Bo w mojej niedawno odkrytej pasji do brytyjskich produkcji, uwielbieniu dla pewnego Szkota i miłości do kryminałów odkryłam prawdziwą perełkę: Broadchurch.
Problem z kryminałami polega na tym, że większość potrafi bardzo długo prezentować się dobrze, a ewentualny zawód może pojawić się dopiero w momencie rozwiązania zagadki. Odkąd zaczęłam oglądać Broadchurch palce aż mnie świerzbiły żeby napisać o nim na blogu, ale z drugiej strony cichutki głosik w mojej głowie podpowiadał, że do czasu ostatniego odcinka wszystko może jeszcze się popsuć. I zgadnijcie co? Nic się nie popsuło. Wszystko było idealne od początku do końca.
Kiedy zasiadłam do komputera, brytyjska stacja ITV zdążyła wyemitować 3 z 8 odcinków. Przestrzegając swojej własnej małej zasady o nie dowiadywaniu się niczego o fabule, zasiadłam do oglądania z przekonaniem, że będę mieć do czynienia z tym rodzajem serialu w którym jeden odcinek równa się jednej rozwiązanej zagadce. Nic bardziej mylnego. Akcja całego pierwszego sezonu toczy się wokół jednej sprawy, morderstwa mającego miejsce w malutkiej, nadmorskiej mieścinie... i tu zastosuję na Was moją wcześniej wspomnianą zasadę i nie opowiem więcej.
Poza świetnym aktorstwem, piękną, nastrojową muzyką i świetnie poprowadzoną akcją, w Broadchurch zachwyciło mnie coś jeszcze: fakt, że będąc serialem toczącym się wokół śledztwa w sprawie morderstwa, wcale nie skupia się tylko na faktycznym rozwiązaniu zagadki. Skupia się na ludziach i ich zachowaniu - na mieszkańcach miasteczka, na rodzinie ofiary, na prowadzących śledztwo - na grupie ludzi, którzy przekonani o swoim bezpieczeństwie, nagle stają przed świadomością, że pośród nich jest morderca. Oglądając kolejne odcinki miałam wrażenie, że nie da się uzyskać bardziej różnorodnych i jednocześnie autentycznych reakcji.
Więc jeśli macie w sercu, tak jak ja, gigantyczną miłość do suspensu i trochę wolnego czasu, przytulcie do serducha Broadchurch. Będziecie potem bezwstydnie mogli tak samo jak ja wirtualnie i realnie męczyć wszystkich krewnych i znajomych swoim maniakalnym "musisz!".
P.S. Mój pierwszy serialowy masterpost powstał ponad dwa lata temu, a od tego czasu dużo się zmieniło - co powiecie na nowy?





