7 lipca 2013

nowości śliczności.

IMG_9241_blog

Poprzedni żel pod prysznic Soap & Glory zużywałam prawie 5 miesięcy i o dziwo jego zapach przez tak długi okres czasu wcale mnie nie znudził. Tym razem sięgnęłam po inną wersję zapachową (migdały, owsianka i brązowy cukier) i muszę przyznać, że chyba nigdy wcześniej nie używałam kosmetyku, którzy pachniałby tak smacznie :) Krem do rąk to mój faworyt jeszcze sprzed kilku miesięcy (ostatniej zimy potwornie żałowałam, że nie narobiłam sobie zapasów), a krem do stóp poleciła mi moja współlokatorka (i chyba również wskoczy on na pozycję faworyta). Miniaturkę odżywki przywiozłam sobie z mojej wrześniowej wycieczki i bardzo się polubiliśmy, jednak w międzyczasie chyba coś zmieniło się w formule produktu, bo jej duża wersja jakoś już moich włosów nie zachwyca.

IMG_9243_blog

Balsam Gilly Hicks to taki "cukiereczek" - nie niesie chyba ze sobą specjalnych wartości nawilżających czy pielęgnacyjnych, ale jego słodki zapach jest absolutnie fantastyczny. Garnier Perfect Blur kupiłam pod wpływem jakiejś wyjątkowo entuzjastycznej blogowej recenzji. Nigdy wcześniej nie używałam bazy pod podkład i jestem bardzo ciekawa jak się u mnie sprawdzi.

IMG_9247_blog

Moja pierwsza paletka ze Sleek powoli dokańcza żywota (zarówno pod względem ilości pozostałych w niej cieni, co i potwornie rozpadającego się opakowania), więc tym razem sięgnęłam po inną wersję kolorystyczną - Storm. Illuminating Touch Concealer od Collection to kolejny "zakup pod wpływem blogów" i rzeczywiście jest wart wszelkich pieśni pochwalnych jakie na jego temat wyczytałam. Eyeliner Eyeko London był natomiast dodatkiem do Marie Claire (nadal nie mogę wyjść z zachwytu nad prezentami dołączonymi do tutejszych magazynów) i na razie spisuje się całkiem nieźle.

IMG_9251_blog

Jak na razie na moich paznokciach wylądował różowy "kłaczek" (efekt całkiem sympatyczny, ale zmywanie - koszmar!), a po nim granat (ma rzeczywiście piękne, żelowe wykończenie). Od lewej: Marshmallow, Bubblegum, Pomegranate i Blackberry.

P.S. Po tylu nieudanych obietnicach poprawy wypadałoby chyba spuścić zasłonę milczenia na moje liche blogowanie... W głowie nadal siedzi mnóstwo pomysłów (i nawet jeden niezrealizowany tag), więc tym razem po prostu trzymajcie kciuki żeby czas i motywacja dopisały.

25 kwietnia 2013

"I think everyone enjoys a nice murder..."

Odkryłam ostatnio, że mam problem z pisaniem o rzeczach, które autentycznie mnie zachwycą. Tak też jest w tym przypadku. Zamiast tworzyć mądrze brzmiące i wyszukane peany, niemalże chciałabym wyciągnąć do Was wszystkich rączki przez ekran i potrząsać za ramiona wołając "musisz to obejrzeć! MUSISZ!". Bo w mojej niedawno odkrytej pasji do brytyjskich produkcji, uwielbieniu dla pewnego Szkota i miłości do kryminałów odkryłam prawdziwą perełkę: Broadchurch.


Problem z kryminałami polega na tym, że większość potrafi bardzo długo prezentować się dobrze, a ewentualny zawód może pojawić się dopiero w momencie rozwiązania zagadki. Odkąd zaczęłam oglądać Broadchurch palce aż mnie świerzbiły żeby napisać o nim na blogu, ale z drugiej strony cichutki głosik w mojej głowie podpowiadał, że do czasu ostatniego odcinka wszystko może jeszcze się popsuć. I zgadnijcie co? Nic się nie popsuło. Wszystko było idealne od początku do końca.

Kiedy zasiadłam do komputera, brytyjska stacja ITV zdążyła wyemitować 3 z 8 odcinków. Przestrzegając swojej własnej małej zasady o nie dowiadywaniu się niczego o fabule, zasiadłam do oglądania z przekonaniem, że będę mieć do czynienia z tym rodzajem serialu w którym jeden odcinek równa się jednej rozwiązanej zagadce. Nic bardziej mylnego. Akcja całego pierwszego sezonu toczy się wokół jednej sprawy, morderstwa mającego miejsce w malutkiej, nadmorskiej mieścinie... i tu zastosuję na Was moją wcześniej wspomnianą zasadę i nie opowiem więcej. 

Poza świetnym aktorstwem, piękną, nastrojową muzyką i świetnie poprowadzoną akcją, w Broadchurch zachwyciło mnie coś jeszcze: fakt, że będąc serialem toczącym się wokół śledztwa w sprawie morderstwa, wcale nie skupia się tylko na faktycznym rozwiązaniu zagadki. Skupia się na ludziach i ich zachowaniu - na mieszkańcach miasteczka, na rodzinie ofiary, na prowadzących śledztwo - na grupie ludzi, którzy przekonani o swoim bezpieczeństwie, nagle stają przed świadomością, że pośród nich jest morderca. Oglądając kolejne odcinki miałam wrażenie, że nie da się uzyskać bardziej różnorodnych i jednocześnie autentycznych reakcji.

Więc jeśli macie w sercu, tak jak ja, gigantyczną miłość do suspensu i trochę wolnego czasu, przytulcie do serducha Broadchurch. Będziecie potem bezwstydnie mogli tak samo jak ja wirtualnie i realnie męczyć wszystkich krewnych i znajomych swoim maniakalnym "musisz!". 

P.S. Mój pierwszy serialowy masterpost powstał ponad dwa lata temu, a od tego czasu dużo się zmieniło - co powiecie na nowy?

5 kwietnia 2013

a handful of memories.

Cierpię na ciężki przypadek nostalgii i manii pamiątek - wszystko, co można przywieźć z podróży i zatrzymać na pewno nie zostanie przeze mnie wyrzucone. Kubki już nie mieszczą się na mojej kuchennej półce, z każdego odwiedzonego przez siebie albo znajomych/rodzinę miejsca muszę mieć magnes (i bywam potwornie wybredna przy wyborze "tego właściwego") a po moim warszawskim mieszkaniu i rodzinnym domu walają się różnej maści bilety. Znad Morza Czarnego przywiozłam sobie maleńką muszelkę, a wcześniej przez 2 tygodnie w mojej walizce podróżował kasztan, który spadł mi na głowę w Budapeszcie. Ten post będzie jednak o jeszcze innym elemencie mojego zbieractwa - zamiłowaniu do zdjęć.

foto_blog

W dobie cyfryzacji fotografii nadal największą wartość ma dla mnie zdjęcie, które mogę trzymać w ręku. Stąd też chciałam Wam się dziś pochwalić czymś, co pieszczotliwie nazywam Tablicą Przyjaciół i Innych Fajnych Rzeczy. Magnetyczna tablica wisi w moim mieszkaniu już od jakiegoś czasu, ale dopiero niedawno udało mi się ją zaaranżować w sposób z którego jestem najbardziej zadowolona. Wprawdzie gdybym chciała powiesić na niej wszystkie moje zdjęcia, musiałaby co najmniej potroić swoją wielkość, ale nawet ten mały ułamek pamiątek przywołuje na moją twarz uśmiech :)

IMG_6959_blog

Dwie zimy temu w prezencie imieninowym dostałam polaroida - Fuji Instax Mini 7S - i od tamtej chwili targam go ze sobą przy niemalże każdej możliwej okazji, często wzbudzając konsternację znajomych, z którymi ciągle chcę sobie robić zdjęcia. Mimo to sam aparat wywołuje u innych dużo zainteresowania i niemalże dziecięcej radości :) Materiały do niego kupuję na allegro u tego sprzedawcy.

IMG_6965_blog

Natomiast moje instagramowe poczynania powołałam do życia dzięki instadrukowi. Skorzystałam z opcji minidruków i teraz trochę żałuję, że nie poszłam w kwadraty albo memoprinty, ale z pewnością jeszcze kiedyś skorzystam z ich usłuch, szczególnie, że z każdym dniem jestem coraz mniej obrażona na fotografowanie telefonem ;)

A jak to jest u Was? Zbieracie pamiątki? Jeśli tak, jakie?

24 marca 2013

produkty warte szumu.

Ostatnio na YouTube trafiłam na filmik "Beauty Products Worth The Hype" (przy okazji szczerze polecam kanał jego autorki - ogląda się ją absolutnie cudownie!) i zdałam sobie sprawę, że praktycznie całość swojej wiedzy o tym co kupować, a czego nie, czerpię z Internetu. Nie jestem fanką testowania niczego na ślepo, dlatego zwykle sięgam po produkt, o którym opinie są mi znajome albo wyszukuję je zanim kupię coś, co mnie zainteresuje. Dlatego zdecydowałam się podzielić z Wami ulubionymi produktami, o których kupnie zadecydowały wyjątkowo entuzjastyczne recenzje.

IMG_6951_blog
Płyn micelarny Bioderma Sensibo H2O
Nie miałam pojęcia, jak dużo moich problemów z cerą powodował niedokładnie zmyty makijaż - aż poznałam Biodermę i już się z nią nie rozstaję. Jest moim ulubionym płynem micelarnym i jak na razie nie znalazłam żadnego zamiennika, który mógłby się z nią równać.

Maska do włosów z aloesem i granatem Alterra
Nawet już nie liczę, ile opakowań zużyłam, zawsze przy kolejnej wyprawie do Rossmana w moim koszyku ląduje kolejne. Lubię jej intensywnie słodki zapach i to, co robi z moimi włosami - nawet nałożona na 3 minuty po myciu daje efekt gładkich i mięciutkich kosmyków. 

Hot Pink Super Plus BB Cream
Szał na kremy BB początkowo wzbudzał we mnie dużo rezerwy. Idea jednego koloru pasującego wszystkim karnacjom wydawała mi się wręcz niemożliwa, poza tym miałam wrażenie, że znalezienie swojego ideału wymaga wypróbowania niezliczonej ilości kremów. Jednak kiedy już odgoniłam mój sceptycyzm, zdecydowałam się na zakup "bebika", który przez wiele blogerek polecany był jako "ten pierwszy". I od razu znalazłam ideał. Jego szarawo-różowy kolor idealnie pasuje do mojej cery niezależnie od pory roku (używałam go i latem, i zimą), daje piękne, naturalne wykończenie, a fakt, że nie jest mocno kryjący nawet mi nie przeszkadza. Najczęściej dla bardziej matowego efektu przed nałożeniem na twarz mieszam go z odrobiną podkładu.

Świece Bath&Body Works
Cierpię na świeczkowego bzika, odkrytego niegdyś przez przypadek, po zakupie zapachowych świeczek z IKEA. Zachwyty nad świecami Bath&Body Works kojarzyły mi się głównie z youtubowiczkami zza oceanu, więc kiedy B&BW otworzyło się w Warszawie, mój wewnętrzny świeczkowy maniak nie posiadał się z radości. Jak dotąd zdążyłam wypróbować Leaves i Vanilla Frosted Cupcake, ostatnio natomiast przytargałam do mieszkania moją pierwszą dużą świecę. Nazywa się London Calling (wiem, wiem, czuć ode mnie ostatnio pewien schemat...) i pachnie - uwaga - herbatą z cytryną. Wprawdzie lepszą ideą w przypadku Londynu byłby według mnie zapach herbaty z mlekiem (yum!), ale ten też jest cudowny i sprawia, że moje mieszkanie pachnie bardzo przytulnie i domowo.

Tangle Teezer
W myślach najpierw złośliwie nazywałam ją piekielnie drogim kawałkiem plastiku, ale koniec końców zwyciężyła ciekawość i znowu byłam zadowolona, że pokonałam swój permanentny sceptycyzm. Moje włosy nie są specjalnie trudne w rozczesywaniu, ale zauważyłam diametralną różnicę w łatwości ich czesania i ilości wypadających. Teraz marzy mi się również wersja do torebki.

Paletka cieni Sleek "Oh So Special"
Co tu dużo pisać - świetny wybór wersji kolorystycznych, rozsądna cena i świetna jakość. 

Maybelline Color Tattoo 24h
Używam ich jako bazy pod cienie i w tej roli spisują się u mnie idealnie. Na zdjęciu kolory Bad To The Bronze i Infinite White.

Lakiery Essie i top coat Good To Go
Do ich kupna nakłoniły mnie zachwyty Marty z Urban State Of Mind. Bordowo-wiśniowy Bahama Mama nosiłam na paznokciach praktycznie non stop jesienią i zimą, ostatnio skusiłam się też na odcień Demure Vix. Good To Go jest natomiast moim kosmetycznym cudem - moje paznokcie wydają się schnąć godzinami i prawie zawsze po ich pomalowaniu prędzej czy później miałam zrujnowany cały manicure. Z tym lakierem nie dosyć, że schną milion raza szybciej, to jeszcze z pięknym połyskiem.

Tusz do rzęs Lovely Pump Up Curling
Pisała o nim ostatnio Alina i powtórzę jej opinię - to mój ulubiony nowy tusz. 

Pędzel MAC 217
W zeszłym roku brałam udział w warsztatach makijażu MAC i tam zapoznałam się z tym pędzlem. Jest najlepszy jeśli chodzie o rozcieranie w załamaniu powieki. 

Nivea Lip Butters
W trakcie dwóch ostatnich lat zimą przerzuciłam się na używanie najzwyklejszej wazeliny, tak bardzo zawiodłam się na wszelkich możliwych balsamach do ust. Te z Nivea zakupiłam tej zimy i wazelina odeszła w kąt. Pięknie pachną i mają bardzo kremową konsystencję, którą moje usta uwielbiają. Zwykle nakładam je grubą warstwą na noc i rano tuż przed zrobieniem makijażu. 

Odżywka Aussie 3 Minute Miracle 
Nie ma jej na zdjęciu, bo puste opakowanie wyrzuciłam jakiś czas temu, ale musiała się znaleźć w tym zestawieniu. To moja pierwsza odżywka, której zapach utrzymywał się na włosach nawet po wysuszeniu. Pokochała ją również moja mama i niecnie mi podkradała przy każdej wizycie w domu :)

A jak jest u Was - który z uwielbianych przez blogosferę produktów skradł też Wasze serca?

Na koniec znowu muszę przeprosić za koszmarnie długą przerwę w blogowaniu, mam nadzieję, że tym razem uda mi się wrzucać posty częściej, tym bardziej, że mam mnóstwo pomysłów na nowe :) Szczęśliwie powrócił również facebookowy widżet, więc zapraszam do polubienia Ptaszka Kiwi.
Do następnego!

10 grudnia 2012

instagram stories #2

Z prośbą o rozgrzeszenie za brak postów i jako motywacja, żeby na kolejny nie trzeba było czekać ponad dwa (!) miesiące.

Historie z ostatnich czterech miesięcy. Końcówka lata i dwie londyńskie wyprawy.


1 2 6 3 4 10 9 kopia 8 7